Po nieco dłuższym czasie wróciłem w końcu w góry, pomęczyć się z przewyższeniami, błotem , zmęczeniem i tym wszystkim co sprawia, że wbiegnięcie na metę i ukończenie biegu smakuje tak wyśmienicie.
Tym razem padło na Bieszczady czyli moje drugie górskie miejsce na mapie PL zaraz za Tatrami. Plan na wyzwanie taki sam jak zawsze. Po pierwsze ukończyć, po drugie
nazbierać dodatkowych „darmowych”? minut na poszczególnych etapach, aby na koniec nie zabrakło czasu w razie jakiejś mniejszej lub większej kontuzji lub kolejnych kryzysów 😉 Tak więc tyle z założeń, a jak z nastawieniem? Tydzień przed złapałem jakąś kontuzję na jednym z ostatnich treningów. Trzeba było zdmuchnąć kurz z wałka do rolowania i odpuścić aktywność, aż do startu. Nie wiedziałem, jak będzie, czy w ogóle ból przejdzie, ani czy jeśli się uda to nie pojawi się zaraz po starcie… no ale jednak wystartować nie zaszkodzi 😉
Start był zaplanowany na 4:30 w kamieniołomie Bóbrka w okolicach zapory Solina. Transport na start o 2 w nocy tak więc noc niezbyt długa, zwłaszcza, że bardziej ze mnie nocny marek i ciężko było zasnąć. W nocy chłód. Niby maj, a było na lekkim minusie. Na start dojechaliśmy autokarem 40min przed startem. Dalej zimno, ciemno i co tu robić przez tyle czasu? Po chwili stania chłód naprawdę przeszywał, a nie było zbytnio co ubrać. Nas szczęście po chwili organizatorzy na spontanie z kilku pochodni i starych palet znalezionych w krzakach rozpalili ognisko. Mistrzostwo 😀 Nie dość, że zrobiło się ciepło, to dodatkowo klimat i atmosfera przed startem zrobiła się bardzo towarzyska i przyjemna 😉 aż nie chciało się odchodzić od ognia. Jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy… choć zaraz miało się zacząć jeszcze lepsze… kolejna górska przygoda 🙂
4.30 start… przez szpaler płonących pochodni, a trasa wiodła na początek z dołu kamieniołomu na górę. Ciepło zrobiło się w kilkanaście sekund. Serducho też się od razu rozgrzało i zaczęło uderzać szybkim rytmem. Przy takich startach zastanawiam się po paru chwilach co ja tu robię 😉 Jak jest już pierwsza zadyszka, a tak naprawdę to praktycznie jeszcze nie zacząłem tej przygody ;D Jednak na nieco równiejszym terenie wszystko wróciło do normy. Trasa wiodła z początku przez zaporę w Myczkowcach i obiegając Jezioro Myczkowskie, w kierunku zapory w Solinie. Pierwsza część przyjemniejsza i bardziej do biegania. Bez dużych przewyższeń, bardziej drogami i lasem nad taflą jeziora. Choć jeden fragment naprawdę zapadł mi w pamięć. Wejście w stronę zapory w Solinie, które wiodło najpierw przez rześki strumień, a następnie wprost z wody pod stromą skarpę na której organizatorzy podwiesili linę dla ułatwienia i asekuracji. Dalej trochę widoków z zapory i dalej do miejscowości Polańczyk gdzie był pierwszy punkt z jedzeniem po ok. 22km. Na punkcie wesoła atmosfera i jedzonko 🙂 Na początek pomarańcze i arbuz, potem trochę słonych paluszków, gorzka czekolada, wszystko zapite colą. I coś co zawsze sprawia że morale rosną czyli coś ciepłego. Ziemniaczki z folii i krem z dyni. Mix na całego, ale zrobił robotę, wiedziałem że dzisiaj mam dobry dzień, i można jeść wszystko 😉 jeszcze dwa kubeczki wody i w dalszą drogę. Na szczęście nic mi nie dolegało i ten tydzień odpoczynku chyba zrobił robotę i wszystko się ponaprawiało w nodze. Dalsza trasa to trochę większe górki i coraz wyższe przewyższenia. W pewnym momencie na ścieżce pojawił się zająć :O na chwile przystając, żeby zobaczyć co zrobi… zaczął iść w moim kierunku, niestety uciekł zanim się udało go uwiecznić na zdjęciu. Takie spotkanie z fauną jest fajnym urozmaiceniem ultra przygody choć nie wiem czy tak samo by było gdyby na drodze pojawił się bieszczadzki niedźwiedź 😉 Kolejny punkt i znowu „obżarstwo” z mojej strony. I kolejny czas zaoszczędzony co by na koniec na pewno nie zabrakło 😉 kolejny odcinek przez szczyt Korbania do Łopienki i tam kolejny punkt. Tym razem ciepły bulion. Ciepłe jedzenie to skarb 😉 można by pomyśleć, że zjem więcej niż spalę na tym biegu 😛 chętnie bym został dłużej na tych punktach, ale trzeba ruszać dalej. Czas zmierzyć się z solidnym podejściem na Łopiennik. Do tej pory byłem w tym miejscu zawsze w nocy, po ciemku, widząc tylko ograniczony obszar w świetle czołówki. Tym razem mogłem zweryfikować jak to „pięknie” wygląda za dnia 🙂 I nie wiem czy to fakt, że byłem za dnia, czy to że ten dzień naprawdę mi przypasował na ultra bieganie, ale tym razem Łopiennik nie okazał się, aż tak straszny. Zmęczył, ale bez przesady. U góry mocno wiało i od razu robiło się zimno więc trzeba było jak najszybciej biec dalej. Parę kilometrów do Cisnej gdzie jest kolejny, już ostatni punkt kontrolny i żywieniowy. Początek dość stro
my, ale im dalej tym lepiej, aż do szutrowej drogi. Nawet ten szuter dzisiaj nie był aż tak straszny jak kiedyś. Wcześniej wydawał się dużo dłuższy 😉 Ostatni punkt, znowu jedzonko… ile można jeść?! ;D znowu się napić i w dalszą drogę. Ostatni odcinek do mety. Mimo że jeszcze trochę przewyższeń zostało to miało być już z „górki”, bo to końcówka i zapas czasu jest i ten dzień, gdzie 60km przebiegnięte, a jakoś aż tak się tego nie czuje, ale… początek zbieg do centrum Cisnej i dalej przechodząc przez mostek wąskotorówki skręcam na szlak na Jeleni Skok. Pierwszy raz dzisiaj zaczęło mi się coś dłużyć. Wiedziałem, że na Jelenim Skoku jest wieża widokowa. I co zakręt już myślałem, że to zaraz, że zaraz ją zobaczę ale jednak nie… początek ostatniego etapu, a już się dłuży… w końcu jest, doczekałem się… teraz dalej… zbieg na dół do głównej drogi na drugą stronę i pod górę…. ale po kolei, bo ten etap to mistrzostwo… zbieg z Jeleniego Skoku, chyba na „dziko” po dość stromym zboczu na krawędzi prawie leśnego stromego wysokiego klifu… robiło to wrażenie, a dodatkowo na zmęczeniu trzeba było lepiej się skupić i uważać, bo potknięcie mogło się różnie skończyć. Takie strome zbiegi to też dodatkowe obciążenie na zmęczone nogi, ale dały radę. Udało się dobiec na dół i.
.. no nie jeszcze nie ma głównej drogi, jeszcze trzeba do niej dobiec. Po drogach po których wywożą drewno, gdzie pracują leśne maszyny od wycinek. Gdzie droga to błoto z koleinami tak głębokimi, że można by niekiedy wpaść po pas. Bieszczady to wyjątkowe miejsce zwłaszcza pod względem błota 😀 Tam mają je pierwsza klasa 😛 i chyba naprawdę ciężko byłoby mi to sobie wyobrazić z czyjejś opowieści jak bym tego sam nie zobaczył i sam w to nie wdepnął ;D W trójmiejskich lasach, najgorsze błoto to nawet nie stało obok tego bieszczadzkiego 😛 no i po tym ciekawym kawałku w końcu jest główna szosa. teraz na drugą stronę i ostatni szczyt, ale… ścieżka się kończy, jest strumień. jak przejść? no nie ma innej opcji niż p
o łydki w wodzie, a może tylko po kostki… nie wiem, nie pamiętam, pamiętam tylko że woda była tak zimna, że przez chwilę aż dreszcz przechodził. I musiała minąć dłuższa chwila, żeby znów poczuć ciepło w stopach. Ach te górskie przyjemności 😉 Dobra, ostatni szczyt, zbieg i w końcu meta!! 😀 to już za chwilę!! Droga do góry wiodła głównie szutrową szosą. Ależ to nie wygodne na zmęczeniu i jak się dłuży. Niekończąca się „przygoda”, ale trzeba iść, teraz to już „niedaleko”. Po bliżej nieokreślonym czasie w końcu jest ten szczyt. Szczyt? Gdzie? Co? Szczyt jak szczyt… szczyt niejeden w Bieszczadach. Czasem można przejść obok, prawie się potknąć i nie zauważyć w tym zalesionym terenie 😀 no ale jest, a przynajmniej wyżej się nie da i teraz tylko w dół. Ścieżka już po przebiegana przez osoby z czołówki, tych szybszych no i przez tych z innych tras, błotna i bardzo „przyjemna”, bo dodatkowo trochę deszczu spadło. Nogi co raz uciekają gdzieś na boki. Buty całe w błocie. A droga w dół nie chce się skończyć. Jak ktoś myśli, że pod
górę jest ciężko, ale z górki to fajnie to zapraszam tam 😉 Gdzieś niżej słychać już odgłosy z mety. Już blisko. No to chyba zaraz będzie? Pojawiły się jakieś dodatkowe problemy, obtarcia, zmęczenie też swoje zrobiło i pewnie lekkie odwodnienie. Dużo na punktach piłem, ale zbyt mało z bukłaku na trasie (co się okazało na koniec, gdy po wyjęciu go zobaczyłem, że był prawie pełen). Było już ciężko, no ale końcówka. Zaraz koniec. I jest asfalt. No to już blisko mety 🙂 już najgorsze za mną, teraz kaw
ałeczek i koniec. Czy na pewno? Gdybym prześledził trasę to bym wiedział, ale tego do końca nie zrobiłem. Myślałem, że to prawie meta, a jak się okazało po paruset metrach… pobiegłem nie w tą stronę. Do mety w drugą. I wcale nie tak blisko, bo się oddalam jeszcze. Najgorsze, że z kilometr czy dwa po asfalcie. Z długimi prostymi, które strasznie siadły na głowę. To chyba był jeden z najtrudniejszych momentów tego dnia. Kawał asfaltem do mostu, by tam zawrócić i drugim brzegiem i wąską ścieżką, przez cudowne błoto i kałuże co kawałek, podążać do mety. Ten ostatni kilometr, te ostatnie metry to był dramat dla morale. Myślisz że masz coś już na wyciągnięcie ręki a tu figa z makiem. Na szczęście mimo tego kryzysu, po dłuższej chwili udało się dotrzeć pod schronisko. Jeszcze tylko finisz (oczywiście pod górę 😉 ) i jest!!! Niezniszczalny Raróg
pokonany 🙂 zmęczenie jest, satysfakcja jest, i te myśli… nigdy więcej!? … kogo ja będę oszukiwał 😉
Ultrabies – super organizacja, super atmosfera na punktach żywieniowych i obfity bufet (zwłaszcza te ciepłe pozycje było mega!!) 😉 trasy zacne… nic tylko biegać… byłem na pierwszej edycji i byłem teraz na czwartej… i tak jak namawiałem wcześniej, że warto to sprawdzić, tak dalej to podtrzymuję i POLECAM 😉 zapewne do zobaczenia na kolejnych edycjach 😉
zdjęcia:
Mała Gośka Photography
Karol Czajka Fotografia 2.0
Kacper Porada Zobacz Emocje